Topielec - duch utopionego człowieka, przebywający w głębinach, okolicach wód powierzchniowych, moczarach, wciągający ludzi do wody aby ich utopić.
Cudowny różaniec
Pewien chłop imieniem Tomasz mieszkał w Ujanowicach, bardzo kochał swoją
matkę. Radził się jej we wszystkich sprawach, a ona zawsze mu pomagała.
Kiedy zachorowała Tomasz robił wszystko, aby jej pomóc. Szukał
doktorów, woził ich, płacił za drogie leki. Niestety uczeni nie
potrafili jej pomóc. Matka wiedziała, że niedługo już pożyje i kiedy
Tomasz wrócił od doktora zawołała go do siebie i wręczyła swój
największy skarb - różaniec. Powiedziała mu, że zawsze powinien nosić go
z sobą a nic złego mu się nie przydarzy, ponieważ jeśli on pamięta o
różańcu to Matka Boża też o nim nie zapomni. Kobieta wkrótce zmarła. Syn długo nie mógł pogodzić się ze stratą matki, jednak musiał pracować,
aby utrzymać rodzinę. Wraz z nastaniem żniw wyszedł na pole nad rzeką
aby zebrać plony. Cieszył się, bo w tym roku pszenica nadzwyczaj
obrodziła. Naostrzył kosę i zabrał się do pracy. Wtem zobaczył mężczyznę
wychodzącego z wody. Zainteresował się tym. Spostrzegł, że ma na sobie
ubranie zupełnie przemoczone. Jego twarz była sina, opadały na nią
długie, szarawe włosy. Przypomniał sobie opowiadania starszych o
topielcach i od razu pojął, że ma przed sobą prawdziwego. Topielec
zbliżał się do niego. Tomasz jednak nie mógł uciekać, zdawało mu się, że
nogi wrosły mu w ziemię. Sięgnął do kieszeni i założył na szyję
różaniec. Topielec chwycił go, jednak nie mógł ruszyć z miejsca. Szarpał
się z nim przez chwilę. Tomasz widział jak boi się różańca. Po chwili
maszkara dała za wygraną i oddaliła się do rzeki. Tomasz pobiegł do domu
i opowiedział o swojej przygodzie. Niezwłocznie udał się też na
cmentarz, aby podziękować matce za ostatnią radę która uratowała mu
życie.
Topielec na wozie
Kilku chłopów z okolic Ujanowic wybrało się raz na jarmark do Limanowej.
Wyruszyli wcześnie rano. Chcieli sprzedać swoje najlepsze towary w
których przygotowanie włożyli tyle wysiłku. Gdy dojeżdżali do Krosnej spotkali na drodze mężczyznę. Wyróżniał się
tym, że z rękawa kapała mu bez przerwy woda. Poprosił ich on, aby go
podwieźli. Gospodarze zgodzili się. Nieznajomy usiadł z nimi na wozie,
który nagle stał się niewyobrażalnie ciężki. Konie - Siwek i Kasztanek,
niezwykle silne i wytrwałe, nie mogły go poruszyć. Widać było również,
że są niespokojne. Woźnica robił wszystko, aby zmusić je do pociągnięcia
wozu. Udało się. Po przejechaniu kilku metrów konie jednak znów stanęły
zmęczone. Niezadowoleni chłopi, nie znając przyczyny uzgodnili, że
zostawią cześć towaru u księdza w Krosnej - jemu najbardziej ufali. Ściągnęli część rzeczy i ponieśli na plebanię. Kilka razy musieli
wracać aby dostatecznie odciążyć wóz. Pleban zaciekawiony dziwną
niemocą koni wybrał się z nimi obejrzeć wóz. Gdy zbliżyli się,
nieznajomy na widok księdza i krzyża, który ten swoim zwyczajem nosił na
szyi, krzyknął przeraźliwie, zerwał się z wozu i zaczął uciekać.
Zaskoczeni dziwnym zachowaniem gospodarze i ksiądz przyspieszyli kroku.
Zobaczyli mężczyznę wbiegającego do rzeki, który wkrótce pogrążył się
całkiem w jej odmętach. Zdezorientowani zawrócili do wozu. Okazało się,
że zwierzęta bez trudu go ciągną. Uświadomili sobie, że ów „człowiek" to
najprawdziwszy topielec, który z pewnością utopiłby ich, jako, że w
tamtych czasach na drodze do Limanowej kilka razy przejeżdżało się przez
rzekę.
Wesele
Pewnego dnia do domu muzykanta Jaśka zapukał mężczyzna. Grajek zaprosił
go grzecznie do środka. Człowiek ten, przedstawił się jako ojciec pana
młodego. Prosił Jaśka, aby zebrał swoich czterech towarzyszy i wraz z
nimi zagrał na weselu. Obiecywał słono zapłacić. Oczywiście Jasiek się
zgodził. Umówili się na jutrzejszy ranek. Muzykant czym prędzej pobiegł
do kolegów, aby poćwiczyć i omówić różne sprawy. Nazajutrz, ubrani odświętnie oczekiwali na woźnicę. Każdy z nich grał na
innym instrumencie: Jasiek na skrzypcach, Maciek na flecie, Kuba na
trąbce, Franek na cymbałach i Felek na lipowej fujarce. Wóz zjawił się
punktualnie. Wsiedli na niego i ruszyli na wesele. Podczas jazdy czuli
się bardzo dziwnie, huczało im trochę w głowach. Woźnica skręcił z
drogi, zjechał nad rzekę i zostawił wóz. Poprowadził muzykantów pod
most, gdzie ujrzeli wielką i bogatą chatę. Drzwi miała pięknie zdobione,
bardzo bogate okiennice. Gdy weszli do środka ujrzeli izbę tak wielką
że pomieściłaby kilka zwykłych domów. Mimo swej wielkości zapełniona
była po brzegi gośćmi. Muzykanci zaczęli grać i zaczęła się zabawa.
Nigdy nie byli jeszcze na takim weselu. Wszystko było tutaj bogatsze,
ładniejsze, jedzenia w ogóle nie ubywało. Grali tak cały dzień i noc.
Gdy zbliżał się ranek swoim zwyczajem postanowili zagrać „Serdeczna
matko". Gdy tylko biesiadnicy usłyszeli pierwsze akordy zamarli, a po
chwili grajkowie zobaczyli, że siedzą pod mostem nad wielką głębiną. Przerazili się i czym prędzej uciekli. Tak skończyło się wesele.
Gęś
Pewnego razu kilku gospodarzy wracało wieczorem z Limanowej, z jarmarku.
Gdy byli pod Brzeziem konie wpadły w panikę. Rzuciłyby się do ucieczki,
gdyby nie silne ramiona chłopów. Gospodarze byli bardzo zaniepokojeni,
ponieważ wracali w kilka wozów i przy każdym, woźnica oraz inni,
mocowali się z końmi i starali się je uspokoić. Wtem, usłyszeli głośny
chlupot od strony rzeki. Spojrzeli i zobaczyli gęś wielkości krowy,
szamocącą się w wodzie. W lot pojęli, że to topielec. Zaczęli się żegnać
i mówić modlitwy. Jednocześnie szarpali się z końmi, aby nie zostawić
tutaj wozów. Po wielu trudach udało się im przejść, a topielec zwalił
się z hukiem do wody. Dalej jazda przebiegała gładko, nikt nie musiał
poganiać koni, bo same chciały jak najprędzej znaleźć się w swojej
oborze. Gospodarze po dotarciu do chałup opowiedzieli o swojej
niezwykłej przygodzie. Od tej chwili utrwalił się strach przed
topielcami pod Brzeziem. Nikt nie chodzi tamtędy piechotą.
Szczęście
Na Pleszówkach żył kiedyś chłop imieniem Piotr. Był nadzwyczaj
pracowity, zaradny, umiał poradzić sobie z każdym zadaniem. Nie miał
zbyt dużo ziemi, jednak dzięki jego zaradności, w domu nigdy nie
zabrakło chleba dla licznej rodziny. Niestety zeszłego roku był
nieurodzaj i zapasy wystarczyły tylko na zimę. Piotr robił co mógł
jednak nadejściem kwietnia zabrakło jedzenia. Postanowił wybrać się do
rodziny do Żmiącej i pożyczyć trochę zboża. Był człowiekiem honorowym i
wstydził się iść prosić w dzień. Wyruszył nocą. Przeszedł przez rzekę i
bez przeszkód dotarł do Żmiącej. Otrzymał worek zboża i udał się w drogę
powrotną. Wracał najszybciej jak potrafił, ponieważ nie mógł doczekać
się uśmiechów na twarzach swych dzieci. Wór mu bardzo ciążył. Uznał, że
odpocznie po przejściu przez rzekę. Przeskakując z kamienia na kamień
dotarł na drugi brzeg. Wyszedł na górkę, zrzucił zboże z pleców i siadł
pod drzewem. Nagle zobaczył na kamieniu, na którym chwilę temu postawił
stopę dziwną postać, pomyślał, że to pewnie chce mu się spać i widzi ze
zmęczenia nieprawdziwe obrazy. Postać jednak nie znikała. Zeszła z
kamienia na wodę, jednak nie zanurzyła się w niej. Kroczyła spokojnym
krokiem, po tafli wody, przy czym robiła się coraz większa i większa,
osiągnęła już wysokość kilku chłopów. Wtedy Piotr, zdał sobie sprawę, że
dzieje się to naprawdę, że to nie senne omamy. Porwał worek z ziemi,
który wydawał się mu teraz bardzo lekki i popędził do domu. Gdy dotarł
chciał wybić drzwi, szarpał za klamkę. Zbudzona rodzina wpuściła go do
środka, a on nie mógł się uspokoić i nadziwić niebywałemu szczęściu. Przecież gdyby przechodził minutę później...
Źródło:
archiwum GOKSiT w Laskowej
konkurs: „Wczoraj i dziś Gminy Laskowa” - 2006 rok
opracowanie: B. Rosiek, I. Chełmecka
na podstawie opowiadań babci - Gimnazjum Publiczne w Ujanowicach

